cele, czy jest się czym przejmować?

wizualizacja porażki
12 kwietnia 2018
takie rzeczy tylko w Klubie
26 kwietnia 2018
Pokaż wszystkie

filozoficzny felieton to i zdjęcie tchnie filozofią 😉

Cześć MKON, Ja wiem, że nie pod skrzydłami Twoimi, ale pytanie mam…

Czy to już jest tak zaklepane, że trenować trzeba do czegoś” – do pełnego, do połówki, do maratonu, półmaratonu, życiówki w pływaniu, do zgubienia kilogramów, życiówki w bieganiu, cięższemu dźwiganiu, cudów na kiju?

Oczywiście mówię o zawodnikach”, którzy (tak jak ja) powinni czerpać z tego frajdę, z trenowania, o takich którzy trenują, bo jest to jakaś forma rekreacji, jest to utrzymanie sprawności i dobrego samopoczucia, w tym zdrowia. Bo mam wrażenie, że gubią się oni w tych celach i jak trzeba cel zmodyfikować, to okazuje się, że jest czarna dupa.

Bo jak muszę/musiałam zmodyfikować moje plany startowe, bo kontuzja, bo za słaba organizacja, czas nie pozwalał mi się przygotować odpowiednio i musiałam poprzesuwać, to to po prostu zrobiłam i świat mi się nie zawalił.

Czy to ja mam zbyt luźne podejście do tego, czy mi aż tak nie zależy, czy to jest jakieś nie halo” myślenie?

Czy zawsze trzeba wyznaczać cele, nawet jeśli nie są one realnie osiągalne?

Czy cele (sportowe) powinny być tylko takie, które możemy osiągnąć na satysfakcjonującym nas poziomie?

Bo na pytania a gdzie startujesz?” mam ochotę czasem odpowiedzieć: W DUPIE.

I nie mówię o triathlonie. Nie chcę tego zawężać do tej jednej dyscypliny.

Mówię ogólnie o sporcie. Ogólnie o tej formie spędzania wolnego czasu.

Pytanie więc brzmi, czy zawsze trzeba mieć marchewkę, by mieć motywację do trenowania?

Bo ja coraz częściej rezygnuję z tej marchewki…

W tym roku trenuję bez wyznaczonych celów – tylko weź zobacz, jak to brzmi.

 

Odpowiedziałem koleżance, ale jednocześnie postaram się odpowiedzieć… również sobie. Bo akurat w tym temacie nawet w sobie znajduję lekkie sprzeczności.

Życie bez celu nie ma sensu

Tak odpowiedziałem jednemu z dziennikarzy, który po raz setny po Hawajach pytał mnie co dalej. Dlaczego? Ponieważ cel to jest to, co mnie nakręca, coś, co powoduje, że układam sobie pod to plan. Coś, co jest szkieletem mojego postępowania. Dzięki temu jestem lepiej zorganizowany, nie jestem rozlazły, mam po co „coś” robić. Widzę sens i motywuję się do działań. Oczywiście ze wszystkimi tego konsekwencjami, pozytywnymi i negatywnymi. Wśród tych ostatnich dostrzegam dwie. Czasami ten cel staje się ważniejszy niż inne, mniej atrakcyjne, choć tak samo ważne, jeśli nie ważniejsze, elementy życia. Drugim jest, jak pisze powyżej koleżanka, nieumiejętność odróżnienia autorstwa tego celu. Bo jeśli to jest mój cel, to mogę go modyfikować, zmieniać, realizować i w pompie mam, co mówią inni. Jeśli cel postawiłem, bo… inni tak robią, to jakakolwiek forma jego modyfikacji będzie związana z mega stresem i brakiem swobodnej w tym obszarze decyzji. Pozytywnych nie wymieniam, bo internetu by 

Każdy następny cel ma być ambitniejszy

To jest też 100% MKONa. A właściwie było, bo teraz coraz częściej myślę o poziomie dotychczasowym jego realizacji przy (niestety) przyspieszających procesach starzenia się. I mimo, że życiówki kuszą (mentalnie), to jednak rzeczywistość i życie potrafią nieźle dać w kość. I wtedy cel (realny) zamienia się w nierealne gonienie za iluzją. A jak wiadomo, jeśli cel jest bardziej ambitny niż osiągalny, jest obarczony dużym niebezpieczeństwem jego odpuszczenia już na początku drogi. W biznesie widzę to na co dzień. Postawienie sobie celu zbyt ambitnego oznacza mega dużą ilość wysiłku i brak perspektywy powodzenia. Przy jednoczesnym silnym oglądaniu się na innych (oznajmiam, że TO zrobię) włącza mi się aspekt „co ludzie powiedzą” i… automatycznie staję się niewolnikiem swojego hobby. Pamiętam na jednym ze szkoleń jak uczestnik podczas przerwy powiedział biegam, ale jak ja tego nienawidzę 😉 Robisz – nie płacz, płaczesz – nie rób. Po jaką cholerę się zabijać…

W freestajlu też jest życie.

Szczególnie pierwsze 3 tygodnie kontuzji pokazały mi, że w w zwykłym, prostym ruszaniu się też jest życie. Ciężko było mi się zebrać do pierwszej podróży służbowej znowu z całym tym „czemodanem”. Rower w bagażniku, odżywki, trenażer, i gdzie to rozstawić, aby goście hotelowi nie narzekali, a kiedy i gdzie zrobię sobie koktajl na „po”. Ta logistyka przerażała mnie, nasuwając następującą myśl „a może to wszystko jebnąć i pojechać w Bieszczady”. Mimo kuszącej perspektywy ucieczki, po chwili się zmobilizowałem, wdrożyłem i teraz już „jadę” z planem treningowym na 100%, bo – patrz punkt 1. Mam kilka refleksji o których napisałem trenerowi: „Tomek, trenerze, ta kontuzja BARDZO dobrze zrobiła mi na głowę. Mam perspektywę 2022 i wtedy ma być ogień, szaleństwo, mistrzostwo świata. Młodszy nie będę, więc z pewnych rzeczy też trzeba rezygnować. Wolę teraz odpocząć i spróbować maraton na jesieni, a potem w ogóle go olać. A nawet przez myśl przechodzi mi pomysł, aby cały ten sezon odpuścić  ale to na razie promyczek. USG Daniela po prostu nie było na tyle czułe, aby zobaczyć co dokładnie z tymi przyczepami się stało. Sześć tygodni mija jutro. Jak nie wrócę do biegania w ciągu trzech, to nic na siłę ”.

Jeszcze lepsza była jego odpowiedź: „Rozumiem, serio  Odbieram to na plus, jeśli to czasowe zjawisko, sportowo, gorzej jak Ci takie podejście zostanie”. Jak widać wyznawcą punktu 1 tego felietonu jest również mój trener 😉 Ale zwracam wam uwagę na wyboldowane zdanie. Bo ono jest kwintesencją następnego

Nie ma życia pośrodku.

Sportowo gorzej, jeśli ci takie podejście zostanie. Bo jeśli chcesz się ścigać (mniejsza o poziom), to nie możesz freestajlować. Analogicznie, jeśli freestajlujesz, nie licz na to, że twoje wyniki będą dawały poziom mistrzowski. I piszę to bynajmniej nie po to, aby oceniać, ale żeby zwrócić (tak jak koleżance) uwagę, że mieszanie tych dwóch podejść będzie MEGA frustrujące. To tak, jakby zawodnik żył ciągle przeszłością albo swoim talentem i mówił „ale przecież mnie na to stać”. Nie trenuje, ale go stać. Jeśli chcesz osiągać wyniki, to bez pracy nic się nie wydarzy. A freestajl pracą nie jest. Owszem, porównując się do kolegów z pracy, na rowerze w weekend spędzasz pewnie więcej niż oni w całym tygodniu. Ale nie jest to trening, który da ci wynik. I nie po to go chyba robisz. A jeśli nie po to, to się nie frustruj, że wyników nie ma albo, że najlepszym miejscem do startu w tym roku będzie W DUPIE. Taką miejscówkę sobie wybrałaś/eś. I dobrze. Nikomu nic do tego. 

 

4 Komentarze

  1. Czytelnik napisał(a):

    Ostatni akapit – kwintesencja!

  2. MaSta napisał(a):

    Zgadzam się z przedmówcą. Ostatni akapit kwintesencja! a dokładniej pierwsze dwa zdania, a ostanie starcza za podsumowanie 🙂 Jeden z ważniejszych wpisów na twoim blogu i uczciwy wobec followersów. Od siebie dodam, a jako empiryk operuje w tej materii pewnym doświadczeniem, że życie z „celem” ułatwia jego realizacje – jakkolwiek głupio i oczywiście by to nie brzmiało – cel porządkuje, organizuje i ułatwia drogę, freestyle jest przygodą, każącą cały czas być świadomym tego gdzie się jest, po co się jest i wymuszającą wręcz ciągłe zastanawianie się co jest najważniejsze w tej chwili czy w ogóle w życiu. Freestyle na dobrą sprawę wymaga dużo więcej energii i zaangażowania w proces decyzyjny, więc tak naprawdę w tym aspekcie jest trudniejszy, ale nie niemożliwy. W sporcie zawodniczym stawiał bym na cel, zadania, realizacje (podobnie jak w biznesie), w poszukiwaniu zdrowia, dobrostanu, zen czy harmonii namawiał bym na wysiłek freestylu. Przychylam się jednocześnie do założenia, że albo rybki albo pipki 🙂

  3. Gacor napisał(a):

    Tak jak autor postawił filozoficzny temat tak ja postawię „filozoficzne” pytanie i z premedytacją sarkastyczną odpowiedź. Pytanie- ilu followersów Mkona ma mistrzowskie obiektywnie uzasadnione oczekiwania? Odpowiedź – w okolicach parafrazy nazwiska obecnego Prokuratora Generalnego. A zatem dyskutowałbym mocno z ostatnim akapitem w którym też odnajduję pewne wewnętrzne sprzeczności. Odrzucając bowiem zdanie trzecie z tego akapitu z uwagi na nie mające zapewne zastosowania do 95 % plus „followersów” z całym dla nich szacunkiem, skupię się na zdaniu drugim. Jeśli chcę się ścigać (nie ważne na jakim poziomie) to nie mogę freestajlować? Właśnie uważam że mogę. Dla tych którym wiek lub okoliczności nie dały lub zabrały możliwość osiągania mistrzowskich rezultatów czy to w open czy age group, pozostaje ściganie się z samym sobą które jest moim zdaniem swoistą ale kwintesencją ścigania w dyscyplinach indywidualnych uprawianych amatorsko. Wydaje mi się że ktoś kto potrafi na n-tym kilometrze biegu czy jazdy na rowerze opadając z sił dalej cisnąć ( ścigać się), wiedząc ( najczęściej już od startu) że nie czeka go podium ale co najwyżej być może poprawa wyniku albo tylko ukończenie w najszybszym możliwym w tym dniu tempie, jest wystarczająco zmotywowany. Czy dla tej motywacji musi wyrzec się freestajlowania. Moim zdaniem absolutnie nie. Co więcej jeśli potrafi się tak ścigać nie na zawodach przez duże „Z” ale w „Dupie” właśnie to jest może nawet lepiej zmotywowany od tych co muszą mieć zawody, oprawę, perspektywę życiówki czy medalu itp. żeby (tym razem przez małe „d” ) swoją dupę porządnie ruszyć. Bill Rodgers jeden z najsłynniejszych maratończyków amerykańskich sprzed pół wieku, w swoich mistrzowskich czasach biegał w okolicach 2.10 maraton i strasznie się przy tym zużył, którego to efektu (zużycia w pogoni za ciągłym podnoszeniem poprzeczki) wciskający nas w reżim treningowy trenerzy i mentorzy zdają się nie dostrzegać. Tenże Rodgers w wieku 62 lat maraton w Bostonie pokonał w 4.06 ku rozczarowaniu wielu „followersów” że tak słabo mu poszło w jego grupie wiekowej. A on był zachwycony bo w tych okolicznościach ( zużyty ) biegając już od dawna freestajlowo a nie dla celów z jakimi się wcześniej mierzył znalazł w sobie motywację żeby pobiec i ukończyć na miarę swoich możliwości. Ktoś mógłby powiedzieć ale on już swoje zrobił więc łatwiej mu odpuścić jakieś cele i może sobie freestajlowo biegać. Dla mnie jednak ktoś to przebiegł ponad 260 tysięcy kilometrów w swojej karierze i ma „wszelkie” powody żeby już nie biegać a biega dalej a także ktoś kto ma motywację wiedząc że takich „wszelkich powodów” nigdy w życiu mieć nie będzie, po prostu ma motywację i nie musi się usprawiedliwiać że ma motywację a co więcej nie musi słuchać rad że tylko określony szablonem cel mu taką motywację zapewni. To raczej Ci którzy nie mając takiego celu nie mają motywacji mają problem. Praca (treningowa) nie musi być środkiem do tak szablonowo zdefiniowanego celu („mistrzostwo” lub inna podobna marchewka) ale właśnie może być celem. I tak jak autor nie oceniam kogoś kto ma inaczej ale też nie zgadzam się że wynik musi być z przodu równania. Uważam bowiem że równie dobre jest podejście „jeśli pracujesz to i wyniki będą” a to że ci na nich nie zależy albo zależy nie w takim stopniu żeby bez nich dalej być zmotywowanym to lucky you.

  4. Maciek napisał(a):

    ” Postawienie sobie celu zbyt ambitnego oznacza mega dużą ilość wysiłku i brak perspektywy powodzenia. Przy jednoczesnym silnym oglądaniu się na innych (oznajmiam, że TO zrobię) włącza mi się aspekt „co ludzie powiedzą” i… automatycznie staję się niewolnikiem swojego hobby. Pamiętam na jednym ze szkoleń jak uczestnik podczas przerwy powiedział biegam, ale jak ja tego nienawidzę 😉 Robisz – nie płacz, płaczesz – nie rób. Po jaką cholerę się zabijać…”
    Been there, done that!
    Wyobrażam sobie faceta, który siedzi przypięty do kaloryfera i próbuje sięgnąć po kluczyki do kajdanek.
    Dla sportowca te kluczyki, czyli cel, powinny leżeć dosłownie odrobinę poza zasięgiem jego ręki. Tak, żeby sportowiec musiał się porozglądać, wysilić organizm i mózgownicę, rozciągnąć i w ten sposób móc do kluczyka sięgnąć. Jeśli położysz kluczyk 2 metry poza zasięgiem ręki tegoż przypiętego do grzejnika faceta, to niestety, ale choćby nie wiem jak knuł i się wyciągał, to celu nie osiągnie. No nie da się. Może co najwyżej rzucać w tamtą stronę jakimś sznurkiem z beznadziejną nadzieją, że może akurat trafi i zahaczy ten kluczyk – ale to się udaje tylko w amerykańskich filmach…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *