brać czy nie brać… oto jest pytanie!

o co chodzi z ta kroplówką
8 sierpnia 2017
nawyki złe i dobre
12 sierpnia 2017
Pokaż wszystkie

Jest w moim biznesie taki niewypowiedziany wątek, który pojawia się za każdym razem jak prowadzę szkolenie np. w temacie technik perswazji. Jaka jest różnica między wywieraniem wpływu (perswazją) a manipulacją. Można szukać w różnych definicjach, ale to co mnie najbardziej przekonuje to różnica między intencją tego, który stosuje daną technikę. Jak rozpoznać czy intencja skończy się manipulacją czy poczuciem, że kogoś przekonałem? Łatwo, jeśli po fakcie przekonany – poznawszy moje zagranie – dalej będzie chciał ze mną gadać. Wówczas bliżej temu wywieraniu wpływu niż manipulacji. Wiem, że to dyskusja akademicka i jak świat światem będziemy poddawani różnego rodzaju presji. Jedną z rzeczy jaką uczę na szkoleniu to nie tylko UMIEĆ stosować różne techniki, ale również umieć BRONIĆ się przed nimi. Jaki ma to związek z triathlonem? Bezpośrednio żaden, ale pośrednio chciałbym jeszcze dwa słowa o temacie (biznesie) kroplówkowym, bo chyba trzeba.

 

niektórym do wielkiej formy wystarczy dobra „micha” 🙂

 

Po pierwsze: felieton wyjaśniający temat kroplówek na mecie, a przede wszystkim komentarze pod nim, pokazały wyraźnie jaka jest NIEWIEDZA w narodzie. A ponieważ „nieznajomość prawa szkodzi” – znam to ze studiów nawet po łacinie, ale się nie będę popisywał J – to chyba nie ma już teraz osoby, która może powoływać się na stwierdzenie typu: wziąłem w żyłę, bo nie wiedziałem, że nie można. Ja nie wiedziałem – przyznaję się bez bicia. Kontynuując ten wątek zadałem paru znajomym będącym blisko PzTri pytanie czy zawodnicy (zawodowi) mają robione szkolenia nt. tego, co zabronione a co dozwolone. Nie mają (a przynajmniej nie usłyszałem o takich). Więc nauka na przyszłość (również dla mnie) zanim pomyślisz o spróbowaniu czegoś – sprawdź. Ta nieznajomość to też świadomość tego, co się bierze. Ja mam tę oto komfortową sytuację, że „koksy” biorę tylko z jednego enervitowego, sprawdzonego źródła. Ale co z odżywkami kupowanymi w sklepach. Warto czytać skład. Bo jak wyczytałem w jednym z artykułów nt. odżywek w Polsce aż 20% z nich jest skażonych niedozwolonymi substancjami. I mimo, że nie będzie excuse jak cię złapią – to ciągle podchodzi to pod „brak wiedzy”.

Ciekawszym jednakże jest ten etyczny aspekt „brania”, który pojawia się w świetle oferty jednej z firm „wlewających witaminy”. Czy teraz będąc świadomym, że jest to zabronione dalej w to idziesz? Bo według mnie tutaj tkwi właśnie kwintesencja „dopingu” czy też wspomagania. Jest nią właśnie intencja, czy też etyka wynikająca z Twojego zestawu wartości. Prawo czy też przepisy nie ułatwiają. Ktoś może powiedzieć, że w kwestii dopingu obraz jest czarno – biały: wziąłeś więc powinieneś dostać bana. Nie udowodnili ci – nie dostajesz. U zawodowych sportowców, którzy żyją pod wiecznym mikroskopem sprawa jest prosta. U amatorów – zdecydowanie bardziej skomplikowana. Trenuję tri od 10 lat i ANI RAZU nie usłyszałem o kontrolach po zawodach w Polsce. Owszem w federacji WTC tak, ale w Polsce – nigdy. Dlatego w sporcie amatorskim nie chodzi o to, czy ci udowodnią. Ale z jaką intencją to brałeś. Wracamy do różnicy między manipulacją a wywieraniem wpływu. Jeśli wiedząc, że kroplówki są zakazane, przede mną start, a tak jak mój Padawan na 10 dni przed startem mam 3dniówkę, która KOMPLETNIE mnie wypłukuję, to co robić? Skorzystać z wlewu czy też nie? Podpowiedzieć może lekarz. Ale co jeśli on NIE BĘDĄC ŚWIADOM tego, co przede mną mówi: Panie, za 4 dni Panu przejdzie. Idź Pan poleż. A co jeśli powie: przepisuję Panu taki zabieg. Nie zaszkodzi. Mam odmówić? I to nie dlatego, że będzie kontrola, ale dlatego, że mam w sobie … no właśnie przyzwolenie czy zgodę? Broń Boże nie chcę, abyście odczytali ten przykład jako coś, co pokazuje moje preferencje. Raczej zgłaszam temat/dylemat.

Sam zresztą w roku 2011 byłem w podobnej sytuacji. Na 2 dni przed Cracovia Maraton psuje mi się stopa. Daniel mówi: przeciążenie kości paliczka. Moja recepta: idę na zastrzyk przeciwzapaleniowy. Lekarz mówi: ale to steryd. Brać czy nie brać? Wziąłem. Nie miałem wyrzutów sumienia. Na szczęście (z perspektywy czasu) maratonu nie ukończyłem. Bo „żoną Cezara” nie jestem, ale patrząc na to jako na „czarno-biały” obraz, to byłem doperem. Jasne, że miałbym (i mam) milion argumentów, które mi to zracjonalizują. Ale to jest właśnie ten dylemat. All or nothing. Dylemat, który etycznie jest cholernie trudny do rozstrzygnięcia. Ciągle przed oczami mam paragraf z książki T. Hamiltona, który opisuje jak to siedział w pokoju i patrzył na tę czerwoną tabletkę (testosteron), dzięki której szybciej będzie się regenerował i rozważał wszystkie za i przeciw. Prawie widzę jak ta tabletka krzyczy do niego: jestem taka mała, nikt nie zauważy, wszyscy biorą. Czyli szukamy uzasadnień.

I to jest kolejna fascynująca rzecz. Racjonalizacja. Po fakcie wszystko można sobie wytłumaczyć. To, że wiatr wiał i to, że Żywek mnie zasłonił, to właściwie żadna pomoc. To, że przecież ten środek, który wziąłem to zaledwie 10%, a pozostałe 90% to moja ciężka praca i wszystko inne. A im dalej w las, tym ta racjonalizacja się utrwala. Myślę, że jeśli Maciek rzeczywiście zasłoniłby mnie przed wiatrem podczas Orlen Maraton w tym roku, to dzisiaj mógłbym pochwalić się złamanym 2:30. I pewnie szybko bym sobie to zracjonalizował. Pytanie tylko jak bym zareagował jakby ktoś to „podniósł”. I czy wtedy ta duma dalej byłaby taka wielka. I tu wracamy do tego czy mnie złapią czy nie? Ale według mnie nie chodzi o to, czy złapią i jaka jest na to szansa. Chodzi raczej o to, na ile gotowy jestem powiedzieć: „pierdol się” temu diabełkowi, który nas do tego namawia. I nie chodzi mi o to, że każdy dopingowy syf spowoduje, że wyrośnie Wam drugi penis i to na czole. Nie chodzi o to, czy on rzeczywiście da 60% handicupu, a nie 10%. Chodzi raczej o to, czy opromieniony glorią i chwałą będziesz potrafił przebić wzrokiem ten spływający po Tobie lukier i spojrzeć sobie w oczy.

 

 

A kusi w każdej chwili i na każdym kroku. Za każdym razem jak jestem w sklepie to przychodzi mi do głowy myśl: jak zajebię ten batonik, to nikt mnie nie zauważy. Tylko po co? I to jest ten rodzaj bodźca do zrobienia czegoś albo powstrzymania się przed czymś, który chciałbym podkreślić. Z perspektywy końcowego rezultatu nie ma znaczenia, jakie jest źródło motywacji dla danego zachowania. Czy robię coś, bo kieruje mną chęć otrzymania nagrody (marchewka) czy duma. Czy chcę czegoś uniknąć (kij) czy strach lub wstyd. Ale każdy kto zajmuje się kwestią motywacji powie Wam, że ważniejsze są te wewnętrzne bodźce (motywacja wewnętrzna). Są silniejsze, mają bardziej długotrwałe skutki. I nieważne ile pokus będzie na zewnątrz – nie dacie się skusić!

 

4 Komentarze

  1. Michał napisał(a):

    Czytając od pewnego czasu komentarze w sprawie „afery kroplówkowej” czuję się zobligowany do napisania tego komentarza z racji swojego zawodu jako lekarza oraz amatora triathlonisty. Po pierwsze nie zawodnikowi na mecie (albo przed…) decydować o tym czy „wziąć sobie lub nie” wlew kroplowy a personelowi medycznemu zabezpieczającego zawody. To po pierwsze. Po drugie: wlewy kroplowe w Polsce są nadużywane przez personel medyczny (ratownicy, lekarze), ordynowane rutynowo gdy coś się dzieje, tak na wszelki wypadek tzw. „kroplówki na wzmocnienie” (zawody sportowe, poradnie, SOR-y). Jak trafnie zauważyło kilku komentujących biorących udział w zagranicznych zawodach tam BEZ EWIDENTNYCH wskazań nie ma mowy o podaniu wlewu, można co najwyżej dostać mleko czekoladowe. Jeśli istnieje podejrzenie konieczności podania wlewu wykonuję się najpierw odpowiednie badania labolatoryjne a następnie decyduje czy wlew jest konieczny a jeśli tak to jaki (wlew wlewowi nierówny). Są znane przypadki zgonów po podaniu wlewów bez dostępnych badań na zawodach (zjawisk fizjopatologicznych nie będę opisywał bo nie starczy miejsca) .Po trzecie: robienie selfików z podłączonym zestawem naczyniowym idealnie obrazuje ciężkość stanu ogólnego, który wymagał podania wlewu. Po czwarte: jeśli wlew był podany bo istniały obiektywne przesłanki medyczne do tego (a nie jakieś medyczne hokus pokus – przepraszam ale mam nerwa jak to piszę) to sytuacja odpowiednio udokumentowana oddala podejrzenie o stosowanie niedozwolonego dopingu. Serdecznie pozdrawiam (bardzo Pana szanuje za wyniki oraz całą działalność sportową i okołosportową).

    • mkon napisał(a):

      Michał, jestes lekarz – znasz się bardziej. Ze wszystkimi argumentami się zgadzam i przemawiają do mnie aż nadto. Dwie kwestie jednak podnosze. Według mnie inną sprawą jest czas po zawodach a inną (ten potępiam w czambuł) kwestia ładowania się przed. Druga – co do selfie. Po godzinnym leżeniu rękę do selfie łatwiej się podnosi 🙂

  2. Artur Pupka napisał(a):

    Doping to doping. Nie ma zasłony. Nie ma, że inni, nie ma, że leczniczo (chociaż to alurat można zgłosić w odpowiedni sposób przed zawodami), nie na, że… Kiedyś zajmowałem się kulturystami… Tam biorą prawie wszyscy. Paru nie doczekało mojej habilitacji, pomimo moich starań… „Najzabawniejsze”, że często w sportach wytrzymałościowych „biorą” tacy co na tym nie zyskają nic wymiernego, ani pudła, ani slota…:(

  3. Grześ Stencel napisał(a):

    Kilka ważnych kwestii tu się pojawia, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że od przyszłego sezonu praktycznie każdy amator triatlonista będzie licencjonowany. Jak słusznie zauważyłeś na naszych zawodach nikt nikogo nie sprawdza, ale przydałoby się ogłosić światu co taki amator ma zrobić jeśli rzeczywiście musiał sobie zapodać coś zakazanego w celach leczniczych. Jako wieloletni amator triatlonista przyznaję się że nie wiem. I nie chodzi o to że boję się, że wpadnę przez głupotę, tylko o czyste sumienie, bo to lepsze niż racjonalizacja 😉
    A jak już jesteśmy przy niej, to przykład z pacemakerem na maratonie to nie jest taki do końca pasujący do tematu dopingu. W końcu to legalne jest 🙂 Z soku z buraka też się nikt nie tłumaczy;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *