przed zawodami ćwiczyć TRZEBA wszystko
20 sierpnia 2017
ironman is all about the run
4 września 2017
Pokaż wszystkie

obecnie moja skoda to: stołówka, żuk – transporter, suszarnia oraz szafa 🙂

Jeszcze jak nie trenowałem trajlonu ale już pracowałem w House of Skills, miałem kontrakt z żoną: cztery noce w tygodniu. Zdarzało mi się wracać nie tylko pomiędzy szkoleniami ale czasami również pomiędzy pierwszym a drugim dniem szkolenia. Teraz z oczywistych powodów nie wracam. Czasami nawet jeśli bardzo bym chciał. Jak zakwalifikowałem się na Hawaje 2017 to wiadomo było, że logistycznie lato oraz jesień będą przerąbane. Bo z jednej strony BPS a z drugiej masa pracy. A jak się pracuje w biznesie „nazwiskowym” to kalendarz wygląda napchany szkoleniami jak dobry sernik rodzynkami. Kiedyś znajomy dentysta powiedział mi fajny tekst odnośnie wolnych zawodów: jak idę na urlop to nie dość, ze nie zarabiam to jeszcze tracę bo klienci się odbijają od zamkniętych drzwi (tzw. zasada utraconych zarobków). Ale jak się chce jechać na 10 dniowy obóz do Szklarskiej a potem na 2 tygodnie na Hawaje to najpierw trzeba na to zarobić a potem… odrobić.

Dodatkowym smaczkiem BPS przed IRONMANEM są takie m.in. rozmowy weekendowe:

Żona: na ile dzisiaj cię nie będzie?

Ja: sumarycznie czy logistycznie?

Żona: logistycznie bo sumarycznie może mnie to przerazić

Ja: No więc open water zrobię jak jeszcze będziecie spali, potem zjemy razem śniadanie, potem pójdę na 3h rower a na koniec może dacie się z Kasią namówić na mój 2,5 bieg

Żona: czyli sumarycznie 7 tak? Trzeba przeżyć.

I tak sobie gadamy wciskając pomiędzy różne „rodzinne” aktywności pomiędzy. W ostatnią sobotę udało nam się wcisnąć nawet 5h wizyte przyjaciół. Słownie: „pięciogodzinna”. Tak tak. Wieczorem sami uśmiechaliśmy się pod nosem jak to zajebiście wyszło. Wprawdzie słowo „przyjaciół” zobowiązuje bo podczas tego spotkania wyszedłem na 45’ masaż 😉 ale za to na wiosnę umówiliśmy się na wspólny wyjazd do Budapesztu dzień po moim maratonie.

Oczywiście do np. 6h roweru w sobotę (siły nie licze bo robię ją już w towarzystwie – przed telewizorem) dochodzą wyjazdy do roboty. Więc jeśli szkolenie zaczyna się w poniedziałek o 9 dalej niż w Wwie to jadę na noc. Trzeba przeżyć. Ale ten BPS jest jakoś szczególnie trudny.

Bo jeśli w tenże weekend dostaję od Tomka maila treści: „w którym dniu tygodnia wciśniesz i jak długą?” To wiem, ze łatwym ten tydzień nie będzie. Wyjazd z domu w niedziele, pon – wt szkolenie w Uniejowie, środa w Warszawa, czwartek Gliwice a piątek jeszcze Wadowice. Po drodze wizyta w Wertykalu gdzie mam zamiar nauczyć się składać rower do walizki. Wszystko zaplanowane i zapięte co do minuty. Najgorszym dniem jest środa. Rano basen, potem szkolenie a po nim 3h rower z mocnymi akcentami oraz 16km mocnego biegu. W grę wchodzi kilka czynników:

  1. Miejsce szkolenia – żeby było gdzie jeździć
  2. Długość treningu vs. czas skończenia szkolenia – 4,5h zakładka o tej porze roku może się już skończyć po ciemku.
  3. 4h podróż do Gliwic – warto się gdzieś wykąpać.

Bóg nademną czuwa i mimo, że nie w siedzibie HoS to wiem, ze szkolenie odbywa się w salach Niedźwiedzia, gdzie Panie już przyzwyczajone są np. do tego, że wchodzę do budynku w stroju szkoleniowych a po szkoleniu wychodzę w stroju rowerowym. Jest to też niedaleko od ścieżki lansu oraz Maćka Żywka. Daje więc to szansę na łatwy i bezkolizyjny wyjazd rowerem a potem szybką zmianę T2. No i jeśli Maciek się zgodzi na szybkie kąpanko po.

Przestawiam auto do Maćka pod dom zaczynam rower. Po 2 godzinach kompletnie przemoczony jestem z powrotem u Maćka na podwórku, w ciągu 5’ rozkładam trenażer i kręcę 6’ odcinki akcentowe. Dlaczego nie na Gassach? Bo w pewnym momencie spadło tyle wody, ze bym się zabił jeśli miałbym jechać więcej niż 200w. Jedyną niedogodnością w planie i w treningu jest to, ze będę musiał umyć rower (czyli później wystartuję) oraz że strasznie gryzą mnie w dupę komary J. Ale za to mam atrakcje w postaci Księżniczki, która kręci się po posesji i mnie zagaduje. Zapewniam Was – odpowiadanie 5 latkowi co tam słychać a przede wszystkim „a co to jest?” przy 360watach na blacie nie jest przyjemne. Ale wujek MKON to wujek. W całości treningu poza zagadywaniem Królewnie zdarzało się stać przy moim rowerze zabawiać moją lewą klamką. Na szczęście lewą – na trenażerze nie ma to znaczenia 😉 Po stwierdzeniu ale śmierdzisz Królewna poszła 😉

Wstawiam rower do klatki schodowej, lecę się przebiec. To już drugi trening, który lecę na samopoczucie. Obydwa zakładkowe. Samopoczucie oznacza, aby pierwsze 2 km nie były za szybkie a pozostałe potem – takie same. Treningi pływackie w Szklarskiej z Olgą pokazały mi pewną gradację wysiłku treningowego, który bardzo przydaje się (mnie) w kontrolowaniu tempa biegu. Jeśli Tomek pisze: „odcinek mocny” to ja wiem, ze mają boleć ręce ale oddechowo ma to być na 80% – czyli bez zadyszki. Podobnie z biegiem – tutaj jest jeszcze łatwiej. Jeśli mam prędkość tempa maratonu w IRONMANIE to biegnę mocno, czuję nogi ale oddechowo i tętnowo jest to ciągle w okolicach wybiegania a nie BC2. No więc poszło. Wracam do Maćka do domu, pożyczam szczotkę do odśnieżania samochodu, obmiatam rower a potem czyszczę go nawilżonymi szmatkami. Po prostu wstyd na drugi dzień wieczorem taki brudny zostawiać w Wertykalu na przegląd. Kąpie się i już, już mam wskakiwać w auto (i tak spóźniony względem planu o 20’) kiedy to słyszę najważniejszy tekst tego dnia: „Marcin, jakie to ma znaczenie dla kosmosu czy ty wyjedziesz o 20 czy o 20.30. Za to kawki się napijemy razem.” Przekonuje! No bo rzeczywiście. Mając w pajplajnie na dzień następny tylko jeden 2h rower to mogę zaryzykować i zrobić go po szkoleniu. To będą Gliwice albo gdzieś po drodze z Gliwic do Zabierzowa, albo na parkingu Wertykala na trenażerze, albo w siłowni w Gliwicach. 2h endurance można zrobić wszędzie. A rano można pospać. Można? Można. Dojechałem, kawkę spiłem i kosmos się nie zawalił.

Lubię to co robię. Moja żona udaje, ze też to lubi 🙂

 

2 Komentarze

  1. Leszek napisał(a):

    I tak trzymać. Powodzenia na Hawajach

  2. Krzysztof napisał(a):

    Poprosiłem moją żonę aby przeczytała ten felieton. Ciekawe co powie 🙂
    A jak czytałem to się mocno w duchu uśmiechałem. Ty naprawdę musisz lubić to co robisz!!! Aż miło poczytać o takich zakręconych gościach jak Ty. Pozdrowienia i Powodzenia.