po Malborku
z cyklu dylematy padawana
Pokaż wszystkie

Dzisiaj w planie treningowym stało: rower 2h i jako drugi trening 60E + po krótkiej gimnastyce 10x100m/100 rytm. Dwa treningi, oba na luzie. Myśl Tomka, żeby 10 dni od zakończenia sezonu jeszcze potriathlonować i wdrożyć się w bieganie „na ostrożnie” działa, choć obrzydzenie do pływania mi nie mija 😉
Wprawdzie plan, żeby wstać wcześnie i zrobić ten rower został brutalnie zweryfikowany przez 6 stopni na zewnątrz (ok.7 rano) więc postanowiłem odpowiedzieć na zew natury triathlonisty i zamiast dwóch treningów zrobić zakładkę. Poza tym dostałem rodzinny team order, że mam się stawić na grilu u szwagra w Świętajnie na godz. 14.
Napakowany śniadaniem wsiadłem na rower i obliczyłem sobie, że przy sprzyjających wiatrach machnę te 73km w 2h z hakiem, a potem pobiegam. Niestety ani wiatry nie były sprzyjające, ani moja ambicja mi nie pozwoliła. Pomyślałem, że jakbym mocniej przycisnął, to ten „hak” nie będzie zbyt duży i trener nie będzie nosem kręcił, że „dokręcam” bo tydzień miał być luźny. I jak od tabliczki PASYM 22km do Pasymia zamiast ok.40’ jechałem 33’ to pomyślałem – a może się uda. Pocisnąłem i do tabliczki Świętajno jechałem dokładnie 2h i 30 sekund. Przepakowałem się, rower do bagażnika, kilka chwil z odpoczynku, żeby garmin potraktował bieganie jako drugi trening (ciekawe czy Kowalski.coach się kapnie) 😉 i ruszyłem na bieg, mając w perspektywie grila 😉. Owszem mogłem pobiegać po „grill feast”, ale co to byłoby za bieganie 😊.
Ambicja triathlończyka niestety nie poszła w parze z rozumem triathlonisty. Nie wziąłem na rower nic do jedzenia i tylko jeden bidon. Nie było ciepło, więc nie zmuszałem się do picia. Mimo specjalnie żwawego tempa na pierwszych 15’ biegu nadeszła ONA. Pani BOMBA. Biegłem mniej więcej po 4:25 (trener twierdzi, że trzeba biec na wybieganiach mniej więcej minutę wolniej niż cel na zawodach). Mając to w pamięci, oraz te rytmy na koniec poczułem, że będzie tylko gorzej. 10×100/100 nie są jakoś szczególnie ciężkim zadaniem. Ale lubię je, bo są podsumowaniem treningu. Powinno się je biegać starannie. Pamiętam czasy rytmów po trawie, na bosaka, właśnie żeby wymuszać odpowiednią technikę. Pamiętam też teksty Trenera Ludwichowskiego: „wyżej na biodrach Baltazar. Nie biegniesz do dziewczyny…”. Mając więc jeszcze 45’ przed sobą i jednocześnie coraz ciemniej przed oczami zacząłem kombinować co dalej. W planie treningu była pętla – najpierw asfalt w stronę Jerutek, potem las. Od 20 minuty od startu marzyłem po kolei o: żelu typu „one hand”, herbatniku, łyku coli, twixie. Nawet ten ostatni by wszedł bo przecież to tryb „emergency”. Na dalszym etapie wymyślania planów awaryjnych był powrót do teściów, albo zabiegnięcie do najbliższego sklepu. Dobiegłem do przecinki, która była „turning point” jeśli miałbym wracać lasem, ale pobiegłem dalej, bo we wsi powinien być sklep. Wprawdzie nie miałem ani pieniędzy, ani karty (a telefonem płacić nie umiem), ale miałem plan. Chciałem zbałamucić Panią na sprzedanie mi czegokolwiek „na krechę” ewentualnie na Szwagra, który był przecież Przewodniczącym Rady Gminy. Myślałem, ze jak będę rzucał znanymi nazwiskami to pojadę jakoś na autorytecie. Alternatywą było zastawienie okularów, albo wycięcie nerki choć to drugie wchodziło w grę tylko jeśli Professore byłby już po starcie w Płocku, gotowy do teleporady. A stawało się „coraz ciemniej”. Tempo zaczęło spadać, tętno zaczęło rosnąć. Przypomniałem sobie Roth 2014. Syf i zero perspektyw na poprawę. Im bliżej jednak do sklepu tym większy wstyd mnie ogarniał. Będzie gadanie na wsi, ze przyjechał miastowy, co to nie potrafi nawet 60’ przebiec 😉. Na szczęście na wlocie do Jerutek stała jablonka. Wtedy przypomniałem sobie, to co kiedyś w radio powiedziała Pani Diabetyk, że jak komuś spadnie cukier to nie czekoladę tylko sok owocowy. SOK pomyślałem. Dorwałem się do tych jabłek jak dziki do żołędzi albo bylin w każdym publicznym parku w Olsztynie. 10 jabłek wjechało w ok. 2 minuty. Oczywiście nie jadłem a wysysałem, miąższ wypluwając. Naprawdę zadziałało. Od momentu „paśnika” tempo wskoczyło na „normalne”. Podobnie z rytmami. Na luzie, w dobrym tempie, z trzymaniem techniki biegu.
Jaka z tego nauka płynie dla mnie? Po to „montuję” kieszonki w spodenkach NB, żeby trzymać w nich „ratunkową dyszkę” albo nie wychodzić bez żela.
Przygoda, ach przygoda. Jabłka nie były jakoś specjalnie słodkie, ale zrobiły robotę. Po raz kolejny uświadomiłem sobie prawdę, jaką objawił mi kiedyś Jakub Czaja. W chwilach trudnych wystarczy wziąć do buzi coś słodkiego i wypluć i organizm reaguje, jakby to rzeczywiście dostał. Działa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *