Uwielbiam trenować długo i mocno

Aktualności


ajronmen, czyli niezły pasztet

Oj niezły pasztet w tych ostatnich ajronmenach! Roth, Poznań, Zurich i jeden wspólny mianownik od Sportowego Jeża Porannego, czyli nowy i nieświeży Przegląd Pasztetowy w rozdzielczości przyjaznej oku, tym razem gościnnie na łamach niemaniemoge.pl... czytaj więcej

dystans ironman to jest to!

Nie mogę zacytować tego co słyszałem od Suchego kiedy zadzwonił do mnie z mety. Zbyt osobiste zarówno w formie jak i treści. Poryczelibyście się! Patrzę na wpisy Marka, Łukasza i innych, którzy ukończyli IRONMANA w Poznaniu (pomijam dystanse) i widzę falę entuzjazmu, endorfin, dumy i radości. Myślę, że to kwintesencja tego po co to robimy. Naprawdę jest to super. Te wszystkie przedtelewizorowe i grillowo-karkówkowe lemingi mają nam czego zazdrościć. Jednak ludzie czytający wpisy szczęśliwych sportowców, lajkujący i komentujący zwykłym „gratuluję” nie zdają sobie sprawy jakie poświęcenie i wysiłek towarzyszy każdemu z tych szczęśliwców. Czasami jak rozmawiam z ludźmi kompletnie różnymi od mojego hobby nie chce mi się nawet tłumaczyć tych godzin, wstawania rano, codziennych kłótni o priorytety, wyborów, dylematów, wkurwów z nieudanych treningów, dumy z udanych, logistyki… wymieniać dalej. Dla nich takie samo kosmicznie abstrakcyjne jest wychodzenie regularne na spacer jak 20h tygodniowo. Szanowni Państwo – czapka z głów! Szacunek nie za cyferki na mecie. Szacunek, za to, że to zrobiliście. Na przekór lenistwu, kontuzjom, logistyce, wyborom, i innym. ¼ Ironmana to super dystans. ½ jest dla kozaków. Ale już wiem dlaczego najbardziej kręci mnie dystans Ironman. To jest epicki dystans. Życzę, żeby każdy kto chce kiedyś go posmakował. Gratulacje Kozaki (męskie i damskie)! F*ck... czytaj więcej

życie na luzie

  Mój przyjaciel startuje w weekend w Ironmanie. Debiut. Zesr@ny na maksa. Pyta się mnie o taktykę. Moja odpowiedź: baw się dobrze! Obaj wiemy, że triathlon to dla niego hobby, a na „amatorski wyczyn” przyjdzie czas jak dzieci podrosną. Z kolei słynny Sportowy Jeż Poranny aka Krzysztof D. wnosząc z jego ostatnich wpisów na FB triathlonuje… dla sernika. I niestety (to wiem!) Sernikiem nie nazywa swojej żony ale mówimy tutaj o tym rodzaju ciasta, który niby jest zdrowszy, bo z białego sera. Ilość serników w odniesieniu do ilości kilometrów Krzysia niejednego by powaliła. Trzeci przykład to Magda S., którą miałem przyjemność dopingować w Elblągu. Magda (Ekipa Ekstremalna) po starcie w Elblągu pisze do mnie: cudownie jest trenować… bez planu. Nie mam spinki. Mam wenę na pływanie – idę pływać, dzień po starcie naszło mnie na bieganie – poszłam pobiegać. Nie patrzyłam  na zegarek, a jak jadę rowerem to na pewno nie patrzę na licznik. Innymi słowy: nic nie muszę – wszystko mogę. Te trzy przykłady pokazują, że jest życie obok treningowego zajoba. Powiem więcej – myślę, że jak zrealizuję wszystkie swoje cele to w taki właśnie sposób będę się zmuszał do treningu. Bo przyznaję bez bicia – bez trenowania już nie wyobrażam sobie życia. Oczywiście kontuzja może wszystko zweryfikować ale nawet gdy myślę o sytuacji – masz złamaną nogę to mam już kilkanaście alternatywnych aktywności, które można uprawiać. I to uprawiać tak, żeby się ścigać. Patrząc na Suchego ale przede wszystkim Krzysia i Magdę (o jeszcze jednej osobie napiszę na koniec) naprawdę zazdroszczę im takiego „luzu w dupie”. Nie jest to zazdrość typu – też tak bym chciał. Nie,... czytaj więcej

żaaaaart czyli just kidding

Po późnym skończeniu rowerowania w okolicach Grójca (jeszcze raz dzięki Sebastian za podpowiedź) w Krakowie pojawiłem się późno. W planach biznesowych szkolenie a potem w drodze powrotnej BC2 12km i pewnie powrót do domu w okolicach północy. Alternatywą było zrobienie treningu rano ale hotel w Krakowie w dość niesprzyjających okolicznościach przyrody. Daleko od bulwarów wiślanych a innych terenów nie znam. Z kolei bieganie biegu akcentowego po chodniku przy jednej z głównych ulic – odpada. Na szczęście na recepcji mówią mi o możliwości skorzystania z siłowni w Parku Wodnym. Czynna od 6.30. Ale jak to? MKON ma biegać na siłowni? Na bieżni? Latem? Zawarłem więc ze sobą taki deal: nastawiam zegarek na 8 rano a jak obudzę się wcześniej idę latać na siłownię. Zawsze to 2h szybciej w domu. W sobotę start na 5h zakładkę o 6 więc i czasu na regenerację będzie więcej. Wstaję o 5.50. Bez budzika. Staję na bieżnię. Przed oczami, za szybą mam basen. Ja w filmie „w samo południe” – pojedynek rewolwerowców ;). Zaczynam rozgrzewkę i… naprawdę idzie słabo. Nuda gorąco, nic się nie dzieje. Nawet sprawdzający na basenie jakość wody nie wzbudzają mojego zainteresowania. Rozgrzewkę skracam z 3km do 2 bo chcę szybko przejść do meritum. Oczywiście najpierw w necie sprawdzam ile to 3:45/km w km/h. I jadę. Pierwszy km oczywiście pomyłka w nastawieniu prędkości. Drugi ciężko. Gorąco jak cholera a te cyferki na bieżni lecą jak krew z nosa. Próbuję szukać wentylacji biegnąc raz to z przodu raz z tyłu bieżni ale nic nie pomaga. Leje się ze mnie jak po punkcie żywieniowym w Suszu. Idzie ciężko. Naprawdę ciężko. Patrzę na zegarek, żeby... czytaj więcej

mkon testuje ;)

  Tester ze mnie jeszcze lepszy niż #janusztriathlonu ale w ten weekend wypróbowałem dwa bardzo fajne sprzęty. Obydwa trafiły do mnie jako pokłosie startu w Suszu. Dla osób niezorientowanych w Suszu była palma. Temperatura wysoka ale i prawie pełna ekspozycja na słońce podczas trasy rowerowej (bo na pływackiej to wiadomo). Sprzęt pierwszy – gacio-spodnie Huub KICKPANT. W komentarzach do „suskiego” artykułu Marcina Stajszczyka na AT wspomniałem, że pierwszy raz podczas tych zawodów żałowałem, ze płynę w piance. Nie dlatego, ze płynąłem wolniej albo że Archimedes 2 by Huub nie daje rady. Daje i do dobrze ale temperaturka na plecach (szczególnie) mocno dawała o sobie znać. Parę razy miałem ochotę zassać trochę wody pod piankę – tak było gorąco. Robię tak przecież podczas nawrotów basenowych, woda za jakiś czas wylatuje a lekkie chłodzenie jest. Nie pływam dużo w piance na basenie ale każdy kto pływa wie co dzieje się z temperaturą ciała mniej więcej po 300m. Tak czułem się w Suszu. Jednocześnie Maciek Żywek odpala akcję tajemniczego sprzętu huubowych gaci do pływania. Czytam recenzję Emila na El Kapitano (http://elkapitano.pl/2016/07/08/huub-kickpant/), czytam wychwalanie by Andrzej Skorykow (http://www.masters.waw.pl/kick-panty-neoprenowe-spodnie/) no to trzeba się przepłynąć. Sprzęt najnowszy więc ma go już Prezes K.S Niemaniemogę, który wyjechawszy w delegację do Zurichu na swój start kontrolno-treningowy w założonym czasie i docelowym miejscu w kategorii wiekowej nieopatrznie zostawia kluczyk do szafki ze sprzętem klubowym. Wykradam więc gacie, żeby przepłynąć w nich trening w wodach otwartych jaki mam zaplanowany na sobotę. No i jakie wrażenia Panie MKON pyta Maciek. Odpowiadam do wiadomości wszystkich: Zakłada się łatwiej niż piankę – mimo, ze na tylnym siedzeniu auta. Pływa się podobnie jak w... czytaj więcej

janusze trajlonu łączmy się…

  Dzisiaj byłem gościem. Znaczy zaproszonym gościem. Projekt Ekipa ekstRemalna zaprosił mnie, abym towarzyszył Magdzie (start na ¼) oraz Michałowi (debiut w tri) podczas zawodów GIT w Elblągu. Najpierw dwa słowa o miejscówce, a potem o tym dlaczego w ogóle ten felieton. Olsztyn rywalizuje z Elblągiem trochę jak Toruń z Bydgoszczą. Ale przyznaję bez bicia – zawody GIT w TYM mieście to jedna z najpiękniejszych miejscówek do rozgrywania rywalizacji triathlonowej jakie widziałem. Klimat starego miasta (choć trasa biegowa po kostce mnie akurat nie rajcuje), pływanie w kanale i jazda po super asfalcie. Czego trzeba więcej? Oczywiście kanał oceniam z punktu widzenia kibica, a nie zawodnika, bo motorówka mogłaby choćby te największe syfy z niego wyciągnąć ;). W każdym razie –przepięknie! Kibicowanie w bezpośredniej bliskości trasy biegowej oraz takiej samej odległości od kufla podpiwka i kalamaków w greckiej restauracji – piękna sprawa. Naprawdę w Polsce nie mamy czego się wstydzić. To są kolejne w tym roku zawody na naprawdę najwyższym poziomie (pozdrawiam Susz i Bydgoszcz). A teraz do brzegu. Przed startem ekstRemalni (a konkretnie Michał) poprosił mnie o kilka słów (wywiad pewnie wkrótce online gdzieś w internetach) – podpowiedzi dla początkujących triathlonistów. Powiedziałem o 5 rzeczach. Jedną ale dość kluczową było przygotowanie się w każdym detalu. I o przygotowaniu właśnie będzie. Dlaczego? Bo przyznam się Wam szczerze, że nóż mi się dzisiaj w kieszeni otwierał przynajmniej kilka razy. Poniżej kilka przykładów (bez nazwisk). Jak ktoś rozpozna zawodnika to ma ode mnie naklejkę „ogień z d*py”. Scena nr. 1 (jeszcze w boksie rowerowym): Zawodnik: MKON jak myślisz zakładać buty czy przyczepić je do roweru? – A biegłeś w nich do belki... czytaj więcej

Triathlon Bydgoszcz

Przyszłość należy do takich właśnie imprez. Imprez nastawionych na zawodników, imprez których poziom organizacyjny nie obiega od zawodów światowych serii a różni się jedynie: a) wysokością opłaty startowej b) faktem, że na IM żeby zasiąść na trybunie trzeba zapłacić a tutaj po prostu siedzisz i oglądasz wbiegających na czerwonym dywanie zawodników. Jednym słowem: Panie i Panowie organizatorzy Triathlon Bydgoszcz – czapki z głów! Dla mnie impreza marzenie. Wprawdzie atmosfery w Suszu nic nie pobije (Krasus np. narzekał, że na starówce było dzisiaj mało dopingu) ale poziom organizacyjny naprawdę wysoki. Bardzo dużo też tzw. debiutantów. Myślę, że startując po Bydgoszczy w innych miejscach mogą mieć bardzo wysokie oczekiwania.  Sam mój start w cieniu walki z chorobą na B (obiecuję, że to ostatni raz, kiedy o tym wspominam) to kolejne triathlonowe doświadczenia. Po pierwsze im większa pralka na początku tym lepiej mi się płynie. Mimo zrzuconych okularków już w 40 sekundzie pływania jakoś udało mi się przyspławikować i założyć je z powrotem. Wprawdzie wody w nich było jak w akwarium ale z małą ilością wody pływam właściwie na każdym treningu – to według mnie najlepszy sposób na parujące okularki – więc do opanowania. Przejrzystość wody – mega – w takiej wodzie to można pływać w nogach… Wprawdzie nie uchroniło mnie to przed zaatakowaniem statku cumującego tuż za bojka nawrotową ale na szczęście się przestraszył i odpłynąłem od niego na bezpieczną odległość. Patrząc na starty w tym roku widzę następującą zależność: czysta woda – dobre pływanie; brudna – słabe… Dzisiejsze pływanie uznaję za dobre, chociaż pewnie Tomek K ma inne zdanie. Ale wiadomo – pływanie jest przereklamowane 😉 T1 w hali Łuczniczka,... czytaj więcej

mkon nadaje…

Celem tego felietonu nie jest krytyka. Ani bynajmniej obsmarowanie czyjegoś tyłka. To raczej takie wyrzucenie z siebie wątpliwości, pytań, komentarzy odnośnie otaczającej mnie triathlonowej rzeczywistości. A będzie o emotions performance czyli o emocjonalnej stopie zwrotu ze startu triathlonowego. Uwielbiam się ścigać. Raz przegrywam, raz wygrywam ale na tym polega ta zabawa. Nauczyłem się (tak, tak – trochę mi to zajęło) nie zazdrościć rywalom wyników chociaż tłumaczenie sobie, że są po prostu lepsi dalej łatwo mi nie przychodzi. Wiem, że rywalizacja z konkretną osobą (nazwiskiem) może być mobilizująca albo demobilizująca. Przed Suszem słyszałem kto to czai się na tego i owego albo jak najarany na zwycięstwo z tym czy tamtym jest ten koleś z… i padała nazwa miasta. Podczas treningu w Poznaniu poznany podczas wybiegania spotkany trajlończyk trenujący u Bogusia Głuszkowskiego zamarzył sobie: chciałbym was kiedyś zobaczyć startujących z jednej linii. No i zdarzy się to w Bydgoszczy. I się okaże, kto wygra. No właśnie. Kto wygra ten… wygra a kto przegra to przegra. I tyle. Nikomu świat się nie zawali ani nikt nie zyska glorii i chwały. W końcu jesteśmy z Bugusiem w innych kategoriach wiekowych he he. I o kategoriach wiekowych a właściwie o systemie nagradzania do którego się przyzwyczailiśmy chciałbym dwa słowa. Imprez jest od cholery. W największych startuje po kilkaset osób w najmniejszych – kilkadziesiąt (na danym dystansie) i tak sobie myślę ostatnio jak „łatwo” jest wbić się na podium w kategorii wiekowej. Relatywnie łatwo. Wystarczy wybrać odpowiednie zawody. No bo policzmy. W ostatnio śledzonej przeze mnie połówce startowało 80 osób. Część z nich to kobiety. Jeśli policzyć męskie kategorie wiekowe to wychodzi na to, że... czytaj więcej

#polskieROTH

Susz był i mam nadzieję będzie dla mnie impreza kultową. Tutaj pierwszy raz przepłynąłem 1500m (w zwykłych kąpielówkach – większosć żabką), poleciałem 40km na wagancie oraz pobiegłem 10km, co to myślałem, że biegnąc po 3:20/km wszystkich wyprzedzę… Raz wprawdzie zadeklarowałem, że nie wystartuję jak Maniek Biskupski nie zlikwiduje tego podbiegu do parku ale co tam. W tym roku postanowiłem się przełamać i wystartowałem. I od tej pory chcę starować co roku. Startowałem już w wielu zawodach ale takiej atmosfery jak tutaj chyba nie uświadczysz. Porównywanie Susza do Roth jest jak najbardziej na miejscu. Od 2013 ta impreza zamiast podupadać staje się coraz lepsza. I to zasługa zarówno organizatorów (jeszcze raz wielkie, naprawdę wielkie ukłony dla Młynka – dziękuję Pawle) jak i sponsorów (Panowie z Euco – szacun pełną gębą!).   Nie chcę opisywać jak było. Wiadomo – było gorąco więc jak wypadają na pierwszym podjeździe oba bidony to cała strategii wyścigu idzie w łeb. A zorientowałem się o tym dopiero jak minąłem pierwszy punkt nawadniania. Jeśli byłby tylko jeden na pętli – skończyłbym zawody po 1 pętli. Trochę dupsko uratował mi koncentrat i galaretka ENERVITA (mój stały punkt programu) ale wiadomo jak się to przełyka jak po 20km w baku na kierownicy pusto a popić czymś trzeba. Ale jakoś ujechałem. Od razu odniosę się do najbardziej wąskiego (czytam w komentarzach) gardła imprezy – draftingu. O draftingu w mieście albo tuż po wyjeździe – nie ma co gadać. Infrastruktura nie da razy puścić 800 osób wychodzących z wody od razu z 10 metrowymi odstępami. Na długiej prostej w stronę Iławy mijałem kolarzy chyba a nie triathlonistów ale widziałem też sędziów,... czytaj więcej

regenracja my ass…

W ten weekend miałem okazję doświadczyć kilku rzeczy. Po pierwsze uświadomiłem sobie (dzięki Jackowi Nowakowskiemu) jak dobrze, że uprawiam triathlon a nie jeździectwo. Nasze karbony za kilkanaście tysięcy to nic przy wydatkach na końskie hobby. Podczas weekendowych treningów jak to dziadek starszy (Jacek) z młodszym dziadkiem (wiadomo) pogadaliśmy o regeneracji, o tym jak jeden rok różnicy potrafi odbić się na wynikach i ile to daje regeneracja. No i sam tego doświadczyłem w praktyce w niedzielę. Po raz kolejny uświadomiłem sobie jak bardzo amatorskie trenowanie różni się o trenowania „zawodowego” i nie chodzi o ilość treningów. Agnieszka Jerzyk pisze na FB, że ciśnie 3 treningi dziennie. Mnie też się tyle zdarzało. Pewnie nie na takiej intensywności ale na obozie był rozruch, trening poranny, trening właściwy i wieczorne zajęcia na siłowni. Za juniora of kors. Ta sama Agnieszka (o czym już nie pisze cwaniara) pewnie pomiędzy treningami leży w łóżku, pępkiem do góry i regeneruje się czekając na kolejny wycisk. I tak powinno być!!!!!!!. Strasznie jej zresztą tego zazdroszczę. Nie tej intensywności ale tej przestrzeni na regenerację. Misie takie jak my (znaczy ja i większość czytających ten felieton) po treningu ma zajęcia domowe, pracowe albo tak jak ja dzisiaj zajęcia okołopracowe – czyli 400km podróż Olsztyn-Poznań na jutrzejsze szkolenie. I nie ma znaczenia, że wciśnięcie 2 treningów w rodzinny dzień wziąwszy pod uwagę maksymalną godzinę wyjazdu mocno ograniczyło czas spędzony z dziewczynami (synek zarabia więc i tak go nie było). Dodatkowo spowodowało, że klasyczną regenerację po 2 treningu (3h zakładka) – jak to zwykle ostatnio –  musiało zastąpić SKODA SPA. Zanim wsiadłem jednak do auta podłączony klasycznie do prądu, z kompresją... czytaj więcej
Projekt i realizacja: Artneo